| naczelny-koronerblog - archiwum: Problem numer jeden |
| Strona główna |
Problem numer jedenDobra, widzę że Koroner budzi ogólne kontrowersje. Dobrze, dobrze :D Ponieważ mam już ferie, jest 22:59 i ogółem jest super, zsyłam Wam jak gwiazdkę z nieba kolejny rozdział Koronera II. Napisany wieki temu, opracowany niedawno naście razy. Nadal gryzie mnie fabuła i nie chce mi się moich notatek z zeszyty przepisywać. Wszystko chyba wyjdzie w praniu :D Ale atmosfera się zagęszcza i nie ma mamlaszenia się. Moony w tej części nie będzie miał lekko (a kiedyś miał? :P) Moony otworzył lewe oko. Promienie letniego słońca wdarły się do jego pokoju i oślepiały każdą żywą istotę, która w pomieszczeniu się znajdowała. Zamrugał mocno lewym okiem i powoli otwarł drugie. Świat jak zwykle był jasny, inny, oślepiający i zamazany. Nie ma to jak mieć wadę wzroku -3. Zamknął oczy i po raz kolejny je otworzył, przyzwyczajając się do jasności pomieszczenia. Bardzo powoli, ociągając się, wstał i ziewnął potężnie. Tradycyjnie spadł z łóżka, zamiast po ludzku z niego schodzić i rozciągnął się leżąc już na podłodze. James miauknął cicho i wskoczył patologowi na klatkę piersiową, wbijając w nią pazury na znak uczuć i radości. Moony jęknął, gdy kot boleśnie wpił swoje szpony w jego skórę, zrzucił Jamesa na podłogę i wstał. Skierował swoje kroki w stronę łazienki, przecierając przy tym oczy i bezustannie ziewając. Rzucił krótkie spojrzenie szczotce do włosów i wlazł pod prysznic. Po orzeźwiającej kąpieli spojrzał prawdzie w oczy i przyjrzał się swemu odbiciu w lustrze. Rozcięcie na policzku jeszcze nie do końca się zagoiło, a cienie pod oczami nie zmniejszyły się ani trochę. Splątane, czarne włosy oklapły smętnie pod wpływem wody i upodobniały swego właściciela do wysłużonego mopa. Moony energicznie strzepał nadmiar wody z włosów i począł szukać szczoteczki do zębów. Po wyjątkowo powolnym wykonaniu czynności porannej toalety, zwlókł się w kapciach i szlafroku do kuchni. Na stole znalazł karteczkę od Yahoo informującą, że może sobie mieszkać u niej do woli, ponieważ ona i tak rezyduje u Volda. Patolog tradycyjnie włączył radio i zabrał się za krojenie bułek. Zupełnie nie zwracając uwagi na wiadomości jakie podawano w odbiorniku, młody koroner zaparzył sobie siekierowatego Earl Greya, w którym łyżeczka stała na sztorc i począł przeżuwać kanapkę z twarożkiem. Kocur nie dawał mu spokoju i bezustannie domagał się jedzenia, miaucząc przy tym wniebogłosy. Moony nakarmił irytujące zwierze i z kubkiem herbaty w ręku wrócił do swojej sypialni w celu ubrania się w odzienie dzienne. Nie patrząc co bierze do ręki, ubrał co znalazł i powolnym krokiem ruszył w stronę przedpokoju, nucąc przy tym „Beautiful Day” U2. Ubrał się i lekkim krokiem ruszył w stronę szpitala. Nic go nie stresowało, nie wyprowadzało z równowagi i nie doprowadzało do wzrostu ciśnienia. Dzień był słoneczny i nic nie mogło zepsuć Moony’emu dobrego humoru. Bez strachu chodził ulicami i nie narażając życia mógł słuchać muzyki, nie bojąc się ataku od tyłu. W rytm „Hypocrites” przekroczył próg szpitala, kompletnie ignorując stada policjantów kręcące się w okolicach recepcji. Gdy zszedł już na poziom prosektorium zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Tłumy umundurowanych kręciły się w okolicach kostnicy i gabinetu naczelnego koronera. Moony z zainteresowaniem wszedł do gabinetu. Biurko było zasypane papierami i zdjęciami. Na samym brzegu stał mikroskop oraz notatnik naczelnego koronera, zapakowany w foliową torebkę. Młody patolog z zainteresowaniem sięgnął po notesik, gdy ktoś się odezwał. - A ty co tu robisz? – warknął niski głos. Moony gwałtownie się odwrócił i zobaczył oficera policji. - Jestem zastępcą koronera – powiedział cicho – Przyszedłem do pracy. Oficer zrobił dziwny wyraz twarzy i gestem poprosił Moony’ego, aby ten poszedł za nim. Zastępca koronera pokornie ruszył za policjantem do kostnicy. Dookoła kręciło się pełno policjantów zbierających dowody i badających każdy milimetr powierzchni. Moony wszedł do prosektorium i zdębiał. Na podłodze było pełno krwawych śladów bosych stóp, a pod ścianą leżało coś dużego, zapakowanego w czarny, foliowy worek. Moony już raz był na miejscu wypadku wraz z naczelnym koronerem, więc conieco już wiedział temat rasowej, policyjnej roboty w przypadkach nagłej i niewyjaśnionej śmierci. Oficer przyprowadził go do worka i jednym ruchem otworzył zamek. W worku oczywiście znajdowało się ciało. Naczelny koroner miał na ciele pełno ran kłutych, które mogły zostać zadane tylko przez wyjątkowo ostre narzędzie a w ostateczności kły. Moony lekko się skrzywił i odwrócił od tego obrazu. - Czy to jest twój pracodawca? – zapytał oficer. - Tak. – mruknął młody patolog i westchnął ciężko. Zrobiło mu się słabo. - Ostatnia rzecz jaką zapisał, była informacja o awansie dla ciebie – powiedział oficer policji notując coś w kajecie. Moony podniósł wzrok na wysokiego mężczyznę. - Będę musiał cię przesłuchać – ciągnął policjant – Sprawę awansu odłożymy na później. Młody patolog jęknął cicho i poszedł za umundurowanym. Oficer zaprowadził Moony’ego do gabinetu martwego kornera, posadził go na krześle przed biurkiem, a sam zasiadł w fotelu. - Jeszcze brakuje świecenia lampą w oczy – pomyślał Moony patrząc na zdjęcia leżące na blacie. - Zatem – zaczął oficer – Ile już tu pracujesz? - Niedługo miną dwa lata – odpowiedział zastępca koronera. - Przyjaźniłeś się ze swoim pracodawcą? – zapytał policjant. - Czekam na pytanie, czy mieliśmy romans – pomyślał Moony – Nie bardzo – mruknął – Niewiele rozmawialiśmy. - Kłóciliście się? – ciągnął oficer. - „Biłeś go?” Co to za pytania? – westchnął w duchu zastępca koronera – Nie. – powiedział już głośno. - Miał on jakiś wrogów? – zapytał policjant. Moony chwilkę się zastanowił. Naczelny koroner nie należał do osób o bogatym życiu towarzyskim. Właściwie to Moony nawet nie wiedział czy jego przełożony ma żonę. - Nie mam pojęcia – odpowiedział całkiem szczerze. - A nie podejrzewasz kto mógł to zrobić? – policjant zadał strategiczne pytanie. Zastępca koronera zamyślił się. Komu właściwie zależało na wykończeniu (i to w tak perfidny sposób) starego koronera? Moony pozwolił swoim myślom błąkać się bez kontroli. Jedna myśl minęła Czarnego Pana, ale została od razu odrzucona, bo przyjaciel zastępcy koronera nie pozbawiłby go pracy i oczywiście nie pogryzłby, ani nie zadźgał ofiary (choć Moony nie bardzo wiedział, jak ostre zęby ma Serv). Nie, Czarny Pan odpada, on lubi robotę na czysto, bez babrania się w kłucie i temu podobne sprawy. Nagle przerażający i zarazem totalnie niemożliwy obraz pojawił się przed oczami młodego patologa. Moony ku zaskoczeniu oficera policji wybiegł z gabinetu i ruszył w stronę kostnicy. Zdumiony oficer poszedł za nim. Młody patolog ominął policjantów zbierających dowody i otwarł jedną z półek na zwłoki. - O nie… - jęknął. Półka okazała się pusta. Ciach, ciach, ciach! 2006-01-27 23:00:58 skomentuj (12) |