| naczelny-koronerblog - archiwum: Mniam mniam |
| Strona główna |
Mniam mniamNonie obudził się wcześnie rano, z kotem na głowie. Zrzuciwszy natrętnie zwierze ruszył powolnym krokiem w stronę kuchni. James kot miaucząc przeciągle plątał się psychologowi pod nogami. Po drodze Nonie mijał fragmenty ubioru swojego aktualnego współlokatora, który był największym bałaganiarzem we wszechświecie. Po potknięciu się po raz trzeci o kota i zebraniu całego zestawu ubioru patologa, Nonie dotarł do kuchni i zastał tam Moony’ego, smętnie wpatrującego się w miseczkę sałatki z alg morskich. - Wyjadasz mi śniadanie – mruknął na dzień dobry do koronera. - Nie wyjadam, tylko kontempluję – burknął Moony spod kurtyny czarnych włosów. - A co w niej jest takiego wysoce interesującego? – zapytał psycholog wyciągając z lodówki pokarm dla kota. - Nic – westchnął patolog i wypił łyka wody ze szklanki stojącej na stole – jest tak samo okropna jak reszta zawartości twojej lodówki. - Proszę nie obrażać zawartości mojej lodówki – powiedział Nonie starając się wyciągnąć kota z mrożącego mebla – zdrowa jest i tyle. - Zdrowa i niejadalna – mruknął Moony sam do siebie – Nie masz jakiegoś mięsa, albo czegoś w tym stylu? – dodał po chwili. - Mam pokarm dla kota – powiedział psycholog radośnie, machając puszką z obrazkiem uśmiechniętego kota na etykietce, podczas gdy kot podskakiwał mu pod nogami. - Och łaskawco – syknął Moony i dźgnął widelcem sałatkę. - Nie marudź – mruknął Nonie szukając w zmywarce misek Jamesa – Możesz zjeść ser jak Ci się warzywa nie podobają. Moony z niekrytym obrzydzeniem wyciągnął z lodówki ser z niebieskimi wykwitami. - Kto go pobił? – zapytał inteligentnie zatykając nos, by nie czuć smrodu serka. - Nikt – odpowiedział Nonie, nie wyczuwając ironii w wypowiedzi kuzyna – to jest ser pleśniowy – postawił na podłodze miski z kocim jedzeniem. - Ja chcę do domu – jęknął Moony – umrę tu z głodu. Nonie z politowaniem pokręcił głową, zasiadł do sałatki i począł ją z radością jeść. Moony niewzruszenie patrzył wilkiem na ruszający się już kawałek sera, a James wylizywał miskę mrucząc przy tym jak dobrze działająca kawiarka. - Jeśli umrę, pójdziesz siedzieć – warknął zastępca świętej pamięci koronera z pewną mściwą satysfakcją w głosie. - Nie umrzesz, bo zaczniesz odżywiać się zdrowo i będziesz mi jeszcze za to dziękował w przyszłości – odpowiedział Nonie, kładąc patologowi na talerz nadziewanego warzywami bakłażana. Fioletowo-czarny worek, wypchany czymś co złudnie przypominało wymiociny nie sprawiał zachęcającego do spożycia wrażenia. Moony z niekrytym obrzydzeniem i wyrzutem spojrzał na kuzyna, który najwyraźniej zadowolony ze swojego kulinarnego dzieła oczekiwał zachwytu. Zastępca znajdującego się już sześć stóp pod ziemią koronera ostrożnie wbił widelec w warzywo (owoc?) jak z kosmosu. Nic nie wybuchło, nie pisnęło i nie uciekło z talerza. Zachęcony tym bezruchem Moony delikatnie odkroił czarny kawałek i powąchał. Niestety, nie dało się niczego w zapachu przyczepić. Nonie skończył swoją sałatkę i zabrał się za picie zielonej herbaty i czytanie porannej gazety. Młody koroner, zaskoczony swoją odwagą, wziął do ust niezidentyfikowane pożywienie i zaczął żuć. Chwilę potem wydał z siebie piskliwy, nieartykułowany dźwięk począł zawzięcie machać rękami i czarna papka powróciła na talerz, tylko że w bardziej obślinionym stanie. - Jesteś po prostu okropny – westchnął Nonie zabierając talerz, podczas gdy Moony ciągle krztusił się bakłażanem. – Skoro aż tak Ci nie smakuje kuchnia wegetariańska, to idź zjeść coś na mieście. Młody patolog przestał się krztusić, obrzucił kuzyna obrażonym spojrzeniem, ubrał swój długi, skórzany płaszcz i wyszedł trzaskając drzwiami. Chwilę potem, Nonie usłyszał bardzo głośnie „łubudu” i jeszcze głośniejsze przekleństwo. Psycholog z powołania i malarz z wyboru ostrożnie wyjrzał na klatkę schodową i zobaczył na dole schodów bezkształtną, czarną masę, która głosem Moony’ego mruczała przekleństwa w każdym języku świata i wszechświata. - Nie zamiataj tak tym płaszczem mroku – zaśmiał się Nonie schodząc ze schodów by pomóc kuzynowi – bo zamiast budzić grozę, jesteś niebezpieczny dla samego siebie – dodał podnosząc połamanego Moony’ego. Koroner prychnął coś pod nosem i wytoczył się z mieszkania, rozmasowując sobie obite ramię. W podłym humorze wkroczył do szpitala i poszedł zarejestrować się w recepcji. Następnie powlókł się do kostnicy, przebrał w fartuch i zabrał do codziennej pracy, gdy pielęgniarka wkroczyła do pomieszczenia. W całej swojej patologicznej karierze, Moony nigdy nie widział pielęgniarki, która zapuściłaby się aż do prosektorium. Z niekrytym zainteresowaniem obserwował jak dziewczyna zielenieje na widok patologa z rękami po łokcie umazanymi krwią. - Dyrektor oczekuje cię w swoim gabinecie – rzuciła szybko. Moony zdjął rękawiczki i z nieprzyjemnym plaśnięciem położył na stole. - Pewnie w sprawie naczelnego koronera – dodała pielęgniarka i wybiegła z kostnicy kurczowo trzymając się za brzuch. Moony’emu nic innego nie pozostało, jak tylko pójść do dyrektora. Przez myśl przemknęło mu, że może dostanie awans, gdyż takie plany miał naczelny koroner. Snując świetlane plany usiadł w poczekalni i czekał na zbawienie. I to tyle, bo mam mroczny plan skończyć to do jasnej anielki i przerobić :P Ciach, ciach, ciach! 2007-08-22 17:19:44 skomentuj (3) |