Strona główna

Meet Nonie


Zabijcie mnie, jak są jakieś błędy. Nie chce mi się czytać, co tam stworzyłem :P Wprowadzam nowych bohaterów do Koronera. Uahaha!

Poczekalnia do gabinetu psychologicznego doktora Nonie’ego mieściła wygodną, zieloną kanapę, mały stoliczek, pokaźnych rozmiarów sukulenta nieopodal drzwi oraz półkę z literaturą różnego rodzaju. Ściany zdobiły psychodeliczne bohomazy oprawione w antyramy. Mogłoby się zdawać, że sam świr je narysował. Każdy z tych obrazów tętnił życiem i był istną eksplozją kolorów. Pomimo, iż na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie bezsensownych bazgrołów na płótnie, po bliższych oględzinach dało się zauważyć, że mają w sobie harmonię i przede wszystkim styl. Autor musiał włożyć w nie wiele uczuć i pracy. Idealnie komponowały się z ciepłym i radosnym wystrojem poczekalni. Moony przyglądał się tym dziełom z niekrytym zainteresowaniem. Strasznie lubił przychodzić do Nonie’ego właśnie ze względu na te obrazy. Z interpretacji wściekle-żółtej plamy na jednym z nich wyrwał go dźwięk otwierania się drzwi. Wyjątkowo chudy, łysiejący i roztrzęsiony mężczyzna opuścił gabinet z lekkim uśmiechem na twarzy. Zaraz za nim zza drzwi wychylił się sam lekarz i uśmiechając się promiennie oznajmił, że będzie dobrze i kolejna wizyta odbędzie się za tydzień. Następnie Nonie odwrócił się do zastępcy koronera i gestem zaprosił go do środka. Moony stanowczym krokiem wkroczył do gabinetu i z gracją położył się na skórzanej kozetce. Doktor Nonie westchnął ciężko i poszedł zrobić sobie kawy. Ściany jego gabinetu również zdobiły kolorowe obrazy. Sprawiały wrażenie, jakby były w ciągłym ruchu. Zielony papirus stojący pod oknem zajmującym całą ścianę dodawał pomieszczeniu egzotyczny akcent. A sam lekarz od tej egzotyki nie odbiegał. Oliwkowa karnacja, bródka, drewniane koraliki na szyi oraz długie, ciemno-brązowe, związane rzemykiem dready nadawały mu raczej wygląd lekkodusznego hipisa, aniżeli poważnego psychologa. Jego wygląd ratowały jedynie okulary-połówki, spuszczone na sam koniuszek nosa.
- Panie doktorze – zaczął Moony głosem nabrzmiałym tragizmem – Myślę, że jestem żółwiem.
- Zakład psychiatryczny po drugiej stronie ulicy – odezwał się lekarz niosąc dwie porcelanowe filiżanki.
- Robisz tam na pół etatu – mruknął rozbawiony patolog – możesz mnie tu przyjąć.
- Ale tutaj nie mam gustownego, białego wdzianka w sam raz dla ciebie – odpowiedział Nonie stawiając filiżanki na blacie biurka i zdejmując okulary. – Co się stało kuzynie, że nachodzisz mnie w godzinach pracy? – zapytał.
- Nic wielkiego – odparł zastępca koronera – po prostu przyszedłem cię troszkę podręczyć. – dodał uśmiechając się złośliwie.
- Nudzi ci się, odkąd świętej pamięci Ann oberwała glanem w czachę? – spytał Nonie siadając w fotelu.
- Troszkę – odpowiedział Moony studiując różnobarwne kwiaty na swojej filiżance kakao. – Ale teraz przynajmniej jestem całkowicie bezpieczny – powiedział uśmiechając się promiennie, choć trochę przesadnie.
- Dopóki kolejna niewiasta ze złamanym sercem nie zachce cię pozbawić strategicznej części ciała, zwanej głową – syknął zaczepnie kuzyn patologa.
- Będę uważny – powiedział Moony – Obiecuję.
- Za wiele obiecujesz w swoim życiu, mój drogi – odpowiedział Nonie – To właśnie doprowadza do śmierci niewinnych niewiast.
- Tak – mruknął rozbawiony patolog – Moony, pożeracz niewieścich serc – parsknął śmiechem.
- A żebyś wiedział – mrugnął do niego kuzyn – A teraz mój drogi, tak na serio, po co tu jesteś?
Moony przestał się uśmiechać i przygryzł wargę. Nie bardzo wiedział, czy ma Nonie’go zamęczać swoimi problemami, które zapewne okażą się całkowicie zmyślone. Kuzyn przyglądał mu się z uprzejmym zainteresowaniem.
- No dobra – mruknął Moony – Ja myślę, że dzieje się coś złego.
- Możesz sprecyzować? – Nonie przybrał postawę rasowego psychologa, rozsiadł się w fotelu i złożył ręce w geście zamyślenia.
- No – zastępca koronera westchnął – Jak zapewne wiesz, naczelny koroner już leży sobie sześć stóp pod ziemią.
- Doszła do mnie ta plotka – odpowiedział psycholog – Jakoś się tym specjalnie nie przejmujesz. – dodał.
- Bo męczy mnie sprawa troszkę inna – jęknął Moony przypominając sobie obraz pustej półki w kostnicy – Mianowicie jedno ciało zniknęło z prosektorium w noc morderstwa.
- To jest dopiero interesujące – mruknął Nonie notując coś w notatniku.
- Ale nie byle jakie ciało – przełknął ślinę zastępca koronera. – To było ciało Anny Black.
Nonie, który w zamyśleniu ssał ołówek, z wrażenia odgryzł sporą jego część.
- Anny!? – wykrzyknął – Jakim cudem właśnie ono!?
Moony wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia co o tym myśleć. Może to tylko przypadek? Wiedział tylko jedno, nie była to błaha sprawa. Nonie najwyraźniej też wiedział, że problem jest poważny, bo wstał z fotela i położył rękę na ramieniu kuzyna.
- Na razie się tym nie martw – powiedział spokojnym głosem – Wszystko się jakoś wyjaśni.
Moony nic nie powiedział, tylko ciężko zastanawiał się nad fatum, które nad nim wisiało. No, ale też z drugiej strony, czemu miałby się przejmować? W końcu to się zdarza, że ktoś ukradnie ciało. Dewiantów na tym świecie jest pod dostatkiem. A może stało się coś, czego nikt nigdy by nie założył i Anna po prostu jeszcze żyje i sobie najnormalniej w świecie poszła?
- A czy ona mogłaby…? – Moony uzewnętrznił swoje wątpliwości co do żywotności Anny.
- Nie. – odpowiedział stanowczo Nonie – Nie daj się zastraszyć swojej własnej wyobraźni – skarcił go.
- Dobra – mruknął zrezygnowany zastępca koronera – Dzięki za wszystko.
- Jakbyś kiedyś miał jakiś problem, to przyjdź – powiedział Nonie uśmiechając się.
- Jasne – westchnął Moony wykonując bliżej nie określony ruch ręką – Idę.
- Musisz sobie wziąć wolne, bo wyglądasz jak cień człowieka – rzucił Nonie na pożegnanie.
Zastępca koronera już miał zamknąć drzwi, gdy przypomniała mu się jeszcze jedna sprawa.
- Mogę u ciebie zamieszkać? – zapytał prosto z mostu.
Prawa brew Nonie’ego podniosła się lekko do góry.
- No bo dom mi spalili i mieszkam u Yahoo, ale tam mi trochę głupio, bo ona w końcu ma swoje życie, swojego faceta… - tłumaczył się Moony.
- Dobra – westchnął psycholog – Tylko nie roznieś mi domu – rzucił mu klucze.
Młody patolog złapał przedmiot w locie, uśmiechnął się na pożegnanie i wyszedł z gabinetu.
Powietrze miało zapach lata. Po parku kręciły się stada ludzi. Młode dziewczyny w strojach kąpielowych opalały się na trawie, a małe dzieci goniły za piłką. Moony mając totalną pustkę w głowie kontemplował swoje buty i w rękach bezmyślnie miętosił klucze do domu kuzyna. Z zadumy wyrwało go koło rowerku dziecięcego, które przejechało po gładkiej, wypolerowanej powierzchni jego glana i tym samym zaburzyło młodemu patologowi obraz obuwia. Na czarnej powierzchni skóry pojawił się szary, prosty ślad. Moony z wrażenia upuścił klucze i powiódł nieprzytomnym wzrokiem po otoczeniu. Mały sprawca katastrofy obuwniczej oddalał się od miejsca zbrodni na zielono-żółtym rowerku. Patolog oczywiście nie poczuł żadnego bólu po rozjechaniu buta, ale sam fakt zbezczeszczenia glana wydał mu się obrazą godną pomszczenia wypolerowanej powierzchni. Niestety, mały sprawca już dawno zniknął w jednej z alejek i plany zemsty spełzły na niczym. Moony po raz kolejny opadł na ławkę i podniósł klucze.
- Muszę zadzwonić do Yahoo – mruknął sam do siebie i począł grzebać w kieszeniach w celu odnalezienia telefonu.
- Yah – powiedział po wstukaniu numeru – Przeprowadzam się.
- Czemu? – powiedziała dziewczyna do słuchawki – Źle ci u mnie?
- Nie – westchnął zastępca koronera – Po prostu nie będę ci się zwalać na głowę. Zamieszkam u Nonie’ego – dodał.
- Ach – mruknęła Yahoo bez entuzjazmu – Dobrze – rozłączyła się.
Zastępca koronera uznał, że już czas opuścić ławkę i powolnym krokiem ruszył w stronę domu Nonie’ego.
Ciach, ciach, ciach! 2006-02-15 16:33:29
skomentuj (7)