Mniam mniam
Nonie obudził się wcześnie rano, z kotem na głowie. Zrzuciwszy natrętnie zwierze ruszył powolnym krokiem w stronę kuchni. James kot miaucząc przeciągle plątał się psychologowi pod nogami. Po drodze Nonie mijał fragmenty ubioru swojego aktualnego współlokatora, który był największym bałaganiarzem we wszechświecie. Po potknięciu się po raz trzeci o kota i zebraniu całego zestawu ubioru patologa, Nonie dotarł do kuchni i zastał tam Moony’ego, smętnie wpatrującego się w miseczkę sałatki z alg morskich.
- Wyjadasz mi śniadanie – mruknął na dzień dobry do koronera.
- Nie wyjadam, tylko kontempluję – burknął Moony spod kurtyny czarnych włosów.
- A co w niej jest takiego wysoce interesującego? – zapytał psycholog wyciągając z lodówki pokarm dla kota.
- Nic – westchnął patolog i wypił łyka wody ze szklanki stojącej na stole – jest tak samo okropna jak reszta zawartości twojej lodówki.
- Proszę nie obrażać zawartości mojej lodówki – powiedział Nonie starając się wyciągnąć kota z mrożącego mebla – zdrowa jest i tyle.
- Zdrowa i niejadalna – mruknął Moony sam do siebie – Nie masz jakiegoś mięsa, albo czegoś w tym stylu? – dodał po chwili.
- Mam pokarm dla kota – powiedział psycholog radośnie, machając puszką z obrazkiem uśmiechniętego kota na etykietce, podczas gdy kot podskakiwał mu pod nogami.
- Och łaskawco – syknął Moony i dźgnął widelcem sałatkę.
- Nie marudź – mruknął Nonie szukając w zmywarce misek Jamesa – Możesz zjeść ser jak Ci się warzywa nie podobają.
Moony z niekrytym obrzydzeniem wyciągnął z lodówki ser z niebieskimi wykwitami.
- Kto go pobił? – zapytał inteligentnie zatykając nos, by nie czuć smrodu serka.
- Nikt – odpowiedział Nonie, nie wyczuwając ironii w wypowiedzi kuzyna – to jest ser pleśniowy – postawił na podłodze miski z kocim jedzeniem.
- Ja chcę do domu – jęknął Moony – umrę tu z głodu.
Nonie z politowaniem pokręcił głową, zasiadł do sałatki i począł ją z radością jeść. Moony niewzruszenie patrzył wilkiem na ruszający się już kawałek sera, a James wylizywał miskę mrucząc przy tym jak dobrze działająca kawiarka.
- Jeśli umrę, pójdziesz siedzieć – warknął zastępca świętej pamięci koronera z pewną mściwą satysfakcją w głosie.
- Nie umrzesz, bo zaczniesz odżywiać się zdrowo i będziesz mi jeszcze za to dziękował w przyszłości – odpowiedział Nonie, kładąc patologowi na talerz nadziewanego warzywami bakłażana.
Fioletowo-czarny worek, wypchany czymś co złudnie przypominało wymiociny nie sprawiał zachęcającego do spożycia wrażenia. Moony z niekrytym obrzydzeniem i wyrzutem spojrzał na kuzyna, który najwyraźniej zadowolony ze swojego kulinarnego dzieła oczekiwał zachwytu. Zastępca znajdującego się już sześć stóp pod ziemią koronera ostrożnie wbił widelec w warzywo (owoc?) jak z kosmosu. Nic nie wybuchło, nie pisnęło i nie uciekło z talerza. Zachęcony tym bezruchem Moony delikatnie odkroił czarny kawałek i powąchał. Niestety, nie dało się niczego w zapachu przyczepić. Nonie skończył swoją sałatkę i zabrał się za picie zielonej herbaty i czytanie porannej gazety. Młody koroner, zaskoczony swoją odwagą, wziął do ust niezidentyfikowane pożywienie i zaczął żuć. Chwilę potem wydał z siebie piskliwy, nieartykułowany dźwięk począł zawzięcie machać rękami i czarna papka powróciła na talerz, tylko że w bardziej obślinionym stanie.
- Jesteś po prostu okropny – westchnął Nonie zabierając talerz, podczas gdy Moony ciągle krztusił się bakłażanem. – Skoro aż tak Ci nie smakuje kuchnia wegetariańska, to idź zjeść coś na mieście.
Młody patolog przestał się krztusić, obrzucił kuzyna obrażonym spojrzeniem, ubrał swój długi, skórzany płaszcz i wyszedł trzaskając drzwiami. Chwilę potem, Nonie usłyszał bardzo głośnie „łubudu” i jeszcze głośniejsze przekleństwo. Psycholog z powołania i malarz z wyboru ostrożnie wyjrzał na klatkę schodową i zobaczył na dole schodów bezkształtną, czarną masę, która głosem Moony’ego mruczała przekleństwa w każdym języku świata i wszechświata.
- Nie zamiataj tak tym płaszczem mroku – zaśmiał się Nonie schodząc ze schodów by pomóc kuzynowi – bo zamiast budzić grozę, jesteś niebezpieczny dla samego siebie – dodał podnosząc połamanego Moony’ego.
Koroner prychnął coś pod nosem i wytoczył się z mieszkania, rozmasowując sobie obite ramię.
W podłym humorze wkroczył do szpitala i poszedł zarejestrować się w recepcji. Następnie powlókł się do kostnicy, przebrał w fartuch i zabrał do codziennej pracy, gdy pielęgniarka wkroczyła do pomieszczenia. W całej swojej patologicznej karierze, Moony nigdy nie widział pielęgniarki, która zapuściłaby się aż do prosektorium. Z niekrytym zainteresowaniem obserwował jak dziewczyna zielenieje na widok patologa z rękami po łokcie umazanymi krwią.
- Dyrektor oczekuje cię w swoim gabinecie – rzuciła szybko.
Moony zdjął rękawiczki i z nieprzyjemnym plaśnięciem położył na stole.
- Pewnie w sprawie naczelnego koronera – dodała pielęgniarka i wybiegła z kostnicy kurczowo trzymając się za brzuch.
Moony’emu nic innego nie pozostało, jak tylko pójść do dyrektora. Przez myśl przemknęło mu, że może dostanie awans, gdyż takie plany miał naczelny koroner. Snując świetlane plany usiadł w poczekalni i czekał na zbawienie.
I to tyle, bo mam mroczny plan skończyć to do jasnej anielki i przerobić :P Ciach, ciach, ciach! 2007-08-22 17:19:44 skomentuj (3)
Mocne postanowienie poprawy
Uwaga, staram się poprawić. Nie bić, nie gryźć i nie zabijać. Mam jakąś wściekłą chęć coś stworzyć, ale najpierw muszę sobie przypomnieć co się ostatnio działo. Spoko spoko, coś tu się ruszy, tylko porobię porządek. Ciach, ciach, ciach! 2007-03-18 19:58:20 skomentuj (0)
Yay!
Żyję, ale z nowym rozdziałem będzie problem, bo moje notatki pożarła jakaś istota nieczysta, a ja na pamięć Koronera nie znam. Czekajcie na wielki dzień, w którym to wrócę wraz z nowym rozdziałem. Ciach, ciach, ciach! 2006-07-24 15:18:27 skomentuj (3)
You never know...
Zapaść mam twórczą, szkolną, rodzinną i znajomościową. Wybaczcie mi tą słabość i niemoc.
To jest fikcja literacka. Zbieżność osób, sytuacji i miejsc całkowicie przypadkowa. To wszystko to jest jedna wielka ściema.
Coś życie naszego patologa się komplikuje. Skąd ja to właściwie znam?
I nie jest śmiesznie, pomimo 1 kwietnia.
Szczęk otwierania zamka wydał mu się okropnie głośny i bolesny dla uszu. Wszedł do przedpokoju i zapalił światło. Mieszkanie Nonie’ego było małe, ale przytulne. Urządzone w etnicznym, ciepłym stylu było dla swojego właściciela oazą spokoju. Moony rzucił klucze na stolik i ruszył w stronę kuchni, w celu napicia się szklanki wody. Otwarł pierwszą z brzegu szafkę, ale zamiast szklanek, znalazł talerze. Kolejna półka zawierała garnki. Zniechęcony młody patolog po kolei otwierał szafki, aż wreszcie trafił na szklanki. Lekko poirytowany wyciągnął pierwsze z brzegu naczynie, nalał do niego wody z kranu i usiadł przy stole. Naprzeciw stołu, na ścianie, wisiało wielkie lustro, a obok niego jeden z psychodelicznych obrazów Nonie’ego. Moony wpatrywał się w swoje odbicie i sączył wodę.
- Nie patrz tyle w lustro, bo kiedyś coś z niego wyskoczy - mruknął głos z nikąd.
Zastępca koronera zdał sobie sprawę, że obok swojego odbicia widzi jeszcze jedną postać. Gwałtownie się obrócił, by sprawdzić kto siedzi koło niego, lecz przy stole nikogo nie było. Po raz kolejny rzucił okiem na lustro. Władczyni Mroku siedziała jak gdyby nigdy nic przy stole. Wszystko byłoby dobrze, gdyby siedziała przy prawdziwym stole, a nie tym, który odbijał się lustrze.
- Mam nadciśnienie – warknął patolog – chcesz żebym kiedyś zszedł na zawał?
Władczyni Mroku zaśmiała się głośno i zmaterializowała przy stole.
- Tak lepiej? – zapytała.
Moony spojrzał w lustro i spostrzegł, iż Władczyni się tam nie odbija.
- Nie – mruknął posępnie.
- Nie można mieć wszystkiego – odpowiedziała.
Zastępca koronera dyplomatycznie wziął łyka wody i cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń. Władczyni Mroku najwyraźniej się nie spieszyło, bo rozluźniona rozsiadła się w krześle i poczęła kontemplować surrealistyczny obraz.
- Mogę wiedzieć jaki jest cel twojej wizyty? – powiedział Moony, przerywając ciszę.
Rudowłosa dziewczyna która aktualnie porównywała czerwień swoich paznokci z czerwonym kleksem na płótnie odezwała się po chwili namysłu.
- Odwiedzam cię i sprawdzam jak się miewasz po ostatnich, traumatycznych przeżyciach – odpowiedziała – Masz zmywacz do paznokci? – dodała po chwili namysłu.
Moony nie wierzył własnym uszom. Najpierw nachodzi go w taki sposób, że znowu ma parę lat bliżej do grobu, a następnie pyta się go o zmywacz do paznokci.
- Zauważ parę rzeczy – mruknął – Pierwsza jest taka, iż nie maluję paznokci i jestem facetem. To całkiem normalne dla mojego gatunku. – warknął, a Władczyni posmutniała, gdyż jej krwisto-czerwony lakier lekko odprysnął na palcu wskazującym – A kolejną przeszkodą jest to, że to nie mój dom – dokończył.
- Paznokciowa katastrofa – westchnęła Władczyni i przestała zajmować się swoimi szponami. – A wracając do tematu, to uważam, że powinieneś na siebie uważać.
- Normalka – mruknął Moony – Czy ja na serio jestem jakiś przeklęty, że cały czas mam pecha?
- Nawet nie przeklęty – powiedziała Władczyni zakładając za ucho niesforny kosmyk, który ciągle opadał jej na twarz – Po prostu źle życie sobie planujesz.
- Albo ktoś planuje za mnie – posępniał patolog, na myśl o Władczyni Mroku, grającej w pchełki z jakimś innym Władcą Piekieł o życie Moony’ego – Mogłabyś sprecyzować uważanie na siebie? Mam przechodzić przez pasy tylko na zielonym? Nie jadać w Fast-foodach? – prychnął.
- Ogół – powiedziała wymijająco.
- Jak zwykle mi pomagasz – posępniał Moony i wziął łyka wody – Czy ty zawsze musisz mówić zagadkami?
- Taka moja praca – powiedziała Władczyni – Może i władam Mrokiem, ale nie całym światem i nad paroma rzeczami nie mam kontroli – westchnęła – Ale kiedyś nadejdzie dzień przejęcia władzy nad wszechrzeczą – w jej oczach pojawił się niepokojący błysk.
Moony lekko się od Władczyni Mroku odsunął, obawiając się o własne zdrowie, gdyż dziewczyna mogła zacząć zdobywać świat od domu kuzyna patologa.
- Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie – powiedziała Władczyni i zniknęła tak niespodziewanie jak się pojawiła.
Moony kompletnie ogłupiony tą enigmatyczną wypowiedzią odstawił szklankę do zlewozmywaka i poczuł jak fala bezdennej rozpaczy zalewa go jak coś wyjątkowo zimnego i lepkiego. Wstukał na komórce smsa informującego swoich przyjaciół, że idzie na gorącą czekoladę. Odzew był natychmiastowy. Yahoo obiecała wpaść do pobliskiej kawiarni, jak tylko wróci z zakupów. Natomiast Czarny Pan obiecał się zjawić wraz z Servem, jak tylko dokończy mordowanie biletera, który odmówił sprzedania biletu ulgowego dla skrzata.
Moony wyszedł z domu i zastanawiając się nad słowami Władczyni, powlókł się do kawiarni. Za dużo rzeczy miał ostatnio na głowie i odczuwał przesyt niesamowitych zjawisk dookoła. Władczyni Mroku, naczelny koroner ginie, ciało Anny znika, co jeszcze?
Dotarł do kawiarni i usiadł przy jednym ze stolików. Po pomieszczeniu rozchodził się przyjemny, podnoszący na duchu zapach gorącej czekolady. Zastępca koronera przymknął oczy i w ciszy chłonął miłą atmosferę kawiarni. Napawając się czekoladowym aromatem nie zauważył Yahoo, która bezszelestnie usiadła obok niego. Z transu wyrwało go jej ciche odchrząknięcie. Czarny Pan zmaterializował się z mroku, schował zakrwawione bilety do kieszeni i zasiadł naprzeciwko Moony’ego. Serv wdrapał się na krzesło i oparł nos o stolik. Kelnerka starając się nie zwracać uwagi na specyficzny wygląd gości odebrała zamówienia i szybko się ulotniła. Moony gapiąc się tępo w swój kubek czekolady cały czas mamrotał bez sensu. Lord Voldermort przyzwyczajony do tego zachowania rozluźnił się i czekał na dalszy rozwój wydarzeń, planując równocześnie wieczorne łowy. Yahoo starając się wyłapać sens mruczenia Moony’ego przyglądała mu się przenikliwie, a Serv bez entuzjazmu oglądał wystawione czekoladki. Trwali tak w niemocy dobry kawałek czasu, gdy wreszcie młody patolog powiedział w miarę sensowne zdanie.
- Przewalone – wydusił z siebie – Po prostu przewalone.
Serv wziął łyka gorącej, cynamonowej czekolady i wbił wzrok w blat stołu. Czarny Pan cicho chrupał krakersa, a Yahoo z troską przyglądała się młodemu patologowi. Po ostatnich przeżyciach z Anną, Moony znacznie schudł i teraz koszula wisiała na nim smętnie. Nadal nie wyglądał zdrowo, a dzisiaj zachowywał się, jakby ducha zobaczył.
- Moony – zaczęła dziewczyna – Możesz nam już powiedzieć co takiego jest przewalone?
- Wszystko – jęknął zastępca koronera, nerwowo obracając włosy w palcach – Makabrycznie wszystko.
Czarny Pan wymienił z Yahoo znaczące spojrzenia i wychylił się przez stolik do roztrzęsionego patologa.
- Cóż to za wstrząsająca informacja, że wstęp do niej ma już ponad godzinę? – zapytał błyskając białymi zębami.
Moony otrzepał się gwałtownie i już miał odpowiedzieć coś równie niemiłego, gdy Yahoo położyła mu rękę na ramieniu.
- Jak nie chcesz mówić, to nie mów – powiedziała.
Młody koroner westchnął ciężko, przeczesał palcami włosy i wreszcie wydusił z siebie to, co starał się przekazać już dawno temu.
- Naczelnego koronera ktoś mi wykończył – mruknął.
Czarny Pan wyraźnie zaskoczony postanowił nic nie mówić i wypić łyka kakao. Serv pytająco spojrzał na swego pana, a jedna brew Yahoo niebezpiecznie podjechała do góry.
- Możesz jaśniej? – zapytała.
- Normalnie – westchnął Moony – Ukatrupił, zabił, zamordował, wysłał do krainy wiecznych łowów, sprowadził do pozycji horyzontalnej, pomógł mu kopnąć w kalendarz i umożliwił wąchanie kwiatków od spodu.
Serv parsknął w swoje kakao, ale skarcony wzrokiem swego pana od razu umilkł.
- A konkretnie? – zapytał Czarny Pan.
- A konkretnie to go ktoś zadźgał i pozbawił znacznej ilości krwi. – odpowiedział młody koroner.
Lord Voldemort skrzywił się lekko.
- Amatorszczyzna – mruknął z odrazą.
- Ale skuteczna – warknął wyprowadzony z równowagi patolog – No i ciało Anny zniknęło.
Czarny Pan przestał się uśmiechać, oczy Yahoo urosły do nienaturalnych rozmiarów, a Serv zapadł się w krzesło, bojąc się cokolwiek powiedzieć.
- Nekrofile chodzą po świecie – mruknął Voldemort, ignorując mordercze spojrzenie Yahoo – Nie martw się na zapas.
Moony westchnął ciężko i począł grzebać łyżeczką w swojej czekoladzie.
- Ty, a może ona powstała z grobu? – zapytał nieśmiało Serv.
- Ona nie była w grobie – mruknął Moony machinalnie.
Serv postanowił już nic więcej nie mówić.
- Wszystko jest możliwe – westchnął Vold.
Moony zapadł się w krześle i pogrążył w myślach o najczarniejszym scenariuszu przyszłości. Ciach, ciach, ciach! 2006-04-01 18:21:45 skomentuj (7)
Meet Nonie
Zabijcie mnie, jak są jakieś błędy. Nie chce mi się czytać, co tam stworzyłem :P Wprowadzam nowych bohaterów do Koronera. Uahaha!
Poczekalnia do gabinetu psychologicznego doktora Nonie’ego mieściła wygodną, zieloną kanapę, mały stoliczek, pokaźnych rozmiarów sukulenta nieopodal drzwi oraz półkę z literaturą różnego rodzaju. Ściany zdobiły psychodeliczne bohomazy oprawione w antyramy. Mogłoby się zdawać, że sam świr je narysował. Każdy z tych obrazów tętnił życiem i był istną eksplozją kolorów. Pomimo, iż na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie bezsensownych bazgrołów na płótnie, po bliższych oględzinach dało się zauważyć, że mają w sobie harmonię i przede wszystkim styl. Autor musiał włożyć w nie wiele uczuć i pracy. Idealnie komponowały się z ciepłym i radosnym wystrojem poczekalni. Moony przyglądał się tym dziełom z niekrytym zainteresowaniem. Strasznie lubił przychodzić do Nonie’ego właśnie ze względu na te obrazy. Z interpretacji wściekle-żółtej plamy na jednym z nich wyrwał go dźwięk otwierania się drzwi. Wyjątkowo chudy, łysiejący i roztrzęsiony mężczyzna opuścił gabinet z lekkim uśmiechem na twarzy. Zaraz za nim zza drzwi wychylił się sam lekarz i uśmiechając się promiennie oznajmił, że będzie dobrze i kolejna wizyta odbędzie się za tydzień. Następnie Nonie odwrócił się do zastępcy koronera i gestem zaprosił go do środka. Moony stanowczym krokiem wkroczył do gabinetu i z gracją położył się na skórzanej kozetce. Doktor Nonie westchnął ciężko i poszedł zrobić sobie kawy. Ściany jego gabinetu również zdobiły kolorowe obrazy. Sprawiały wrażenie, jakby były w ciągłym ruchu. Zielony papirus stojący pod oknem zajmującym całą ścianę dodawał pomieszczeniu egzotyczny akcent. A sam lekarz od tej egzotyki nie odbiegał. Oliwkowa karnacja, bródka, drewniane koraliki na szyi oraz długie, ciemno-brązowe, związane rzemykiem dready nadawały mu raczej wygląd lekkodusznego hipisa, aniżeli poważnego psychologa. Jego wygląd ratowały jedynie okulary-połówki, spuszczone na sam koniuszek nosa.
- Panie doktorze – zaczął Moony głosem nabrzmiałym tragizmem – Myślę, że jestem żółwiem.
- Zakład psychiatryczny po drugiej stronie ulicy – odezwał się lekarz niosąc dwie porcelanowe filiżanki.
- Robisz tam na pół etatu – mruknął rozbawiony patolog – możesz mnie tu przyjąć.
- Ale tutaj nie mam gustownego, białego wdzianka w sam raz dla ciebie – odpowiedział Nonie stawiając filiżanki na blacie biurka i zdejmując okulary. – Co się stało kuzynie, że nachodzisz mnie w godzinach pracy? – zapytał.
- Nic wielkiego – odparł zastępca koronera – po prostu przyszedłem cię troszkę podręczyć. – dodał uśmiechając się złośliwie.
- Nudzi ci się, odkąd świętej pamięci Ann oberwała glanem w czachę? – spytał Nonie siadając w fotelu.
- Troszkę – odpowiedział Moony studiując różnobarwne kwiaty na swojej filiżance kakao. – Ale teraz przynajmniej jestem całkowicie bezpieczny – powiedział uśmiechając się promiennie, choć trochę przesadnie.
- Dopóki kolejna niewiasta ze złamanym sercem nie zachce cię pozbawić strategicznej części ciała, zwanej głową – syknął zaczepnie kuzyn patologa.
- Będę uważny – powiedział Moony – Obiecuję.
- Za wiele obiecujesz w swoim życiu, mój drogi – odpowiedział Nonie – To właśnie doprowadza do śmierci niewinnych niewiast.
- Tak – mruknął rozbawiony patolog – Moony, pożeracz niewieścich serc – parsknął śmiechem.
- A żebyś wiedział – mrugnął do niego kuzyn – A teraz mój drogi, tak na serio, po co tu jesteś?
Moony przestał się uśmiechać i przygryzł wargę. Nie bardzo wiedział, czy ma Nonie’go zamęczać swoimi problemami, które zapewne okażą się całkowicie zmyślone. Kuzyn przyglądał mu się z uprzejmym zainteresowaniem.
- No dobra – mruknął Moony – Ja myślę, że dzieje się coś złego.
- Możesz sprecyzować? – Nonie przybrał postawę rasowego psychologa, rozsiadł się w fotelu i złożył ręce w geście zamyślenia.
- No – zastępca koronera westchnął – Jak zapewne wiesz, naczelny koroner już leży sobie sześć stóp pod ziemią.
- Doszła do mnie ta plotka – odpowiedział psycholog – Jakoś się tym specjalnie nie przejmujesz. – dodał.
- Bo męczy mnie sprawa troszkę inna – jęknął Moony przypominając sobie obraz pustej półki w kostnicy – Mianowicie jedno ciało zniknęło z prosektorium w noc morderstwa.
- To jest dopiero interesujące – mruknął Nonie notując coś w notatniku.
- Ale nie byle jakie ciało – przełknął ślinę zastępca koronera. – To było ciało Anny Black.
Nonie, który w zamyśleniu ssał ołówek, z wrażenia odgryzł sporą jego część.
- Anny!? – wykrzyknął – Jakim cudem właśnie ono!?
Moony wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia co o tym myśleć. Może to tylko przypadek? Wiedział tylko jedno, nie była to błaha sprawa. Nonie najwyraźniej też wiedział, że problem jest poważny, bo wstał z fotela i położył rękę na ramieniu kuzyna.
- Na razie się tym nie martw – powiedział spokojnym głosem – Wszystko się jakoś wyjaśni.
Moony nic nie powiedział, tylko ciężko zastanawiał się nad fatum, które nad nim wisiało. No, ale też z drugiej strony, czemu miałby się przejmować? W końcu to się zdarza, że ktoś ukradnie ciało. Dewiantów na tym świecie jest pod dostatkiem. A może stało się coś, czego nikt nigdy by nie założył i Anna po prostu jeszcze żyje i sobie najnormalniej w świecie poszła?
- A czy ona mogłaby…? – Moony uzewnętrznił swoje wątpliwości co do żywotności Anny.
- Nie. – odpowiedział stanowczo Nonie – Nie daj się zastraszyć swojej własnej wyobraźni – skarcił go.
- Dobra – mruknął zrezygnowany zastępca koronera – Dzięki za wszystko.
- Jakbyś kiedyś miał jakiś problem, to przyjdź – powiedział Nonie uśmiechając się.
- Jasne – westchnął Moony wykonując bliżej nie określony ruch ręką – Idę.
- Musisz sobie wziąć wolne, bo wyglądasz jak cień człowieka – rzucił Nonie na pożegnanie.
Zastępca koronera już miał zamknąć drzwi, gdy przypomniała mu się jeszcze jedna sprawa.
- Mogę u ciebie zamieszkać? – zapytał prosto z mostu.
Prawa brew Nonie’ego podniosła się lekko do góry.
- No bo dom mi spalili i mieszkam u Yahoo, ale tam mi trochę głupio, bo ona w końcu ma swoje życie, swojego faceta… - tłumaczył się Moony.
- Dobra – westchnął psycholog – Tylko nie roznieś mi domu – rzucił mu klucze.
Młody patolog złapał przedmiot w locie, uśmiechnął się na pożegnanie i wyszedł z gabinetu.
Powietrze miało zapach lata. Po parku kręciły się stada ludzi. Młode dziewczyny w strojach kąpielowych opalały się na trawie, a małe dzieci goniły za piłką. Moony mając totalną pustkę w głowie kontemplował swoje buty i w rękach bezmyślnie miętosił klucze do domu kuzyna. Z zadumy wyrwało go koło rowerku dziecięcego, które przejechało po gładkiej, wypolerowanej powierzchni jego glana i tym samym zaburzyło młodemu patologowi obraz obuwia. Na czarnej powierzchni skóry pojawił się szary, prosty ślad. Moony z wrażenia upuścił klucze i powiódł nieprzytomnym wzrokiem po otoczeniu. Mały sprawca katastrofy obuwniczej oddalał się od miejsca zbrodni na zielono-żółtym rowerku. Patolog oczywiście nie poczuł żadnego bólu po rozjechaniu buta, ale sam fakt zbezczeszczenia glana wydał mu się obrazą godną pomszczenia wypolerowanej powierzchni. Niestety, mały sprawca już dawno zniknął w jednej z alejek i plany zemsty spełzły na niczym. Moony po raz kolejny opadł na ławkę i podniósł klucze.
- Muszę zadzwonić do Yahoo – mruknął sam do siebie i począł grzebać w kieszeniach w celu odnalezienia telefonu.
- Yah – powiedział po wstukaniu numeru – Przeprowadzam się.
- Czemu? – powiedziała dziewczyna do słuchawki – Źle ci u mnie?
- Nie – westchnął zastępca koronera – Po prostu nie będę ci się zwalać na głowę. Zamieszkam u Nonie’ego – dodał.
- Ach – mruknęła Yahoo bez entuzjazmu – Dobrze – rozłączyła się.
Zastępca koronera uznał, że już czas opuścić ławkę i powolnym krokiem ruszył w stronę domu Nonie’ego. Ciach, ciach, ciach! 2006-02-15 16:33:29 skomentuj (7)
Problem numer jeden
Dobra, widzę że Koroner budzi ogólne kontrowersje. Dobrze, dobrze :D Ponieważ mam już ferie, jest 22:59 i ogółem jest super, zsyłam Wam jak gwiazdkę z nieba kolejny rozdział Koronera II. Napisany wieki temu, opracowany niedawno naście razy. Nadal gryzie mnie fabuła i nie chce mi się moich notatek z zeszyty przepisywać. Wszystko chyba wyjdzie w praniu :D Ale atmosfera się zagęszcza i nie ma mamlaszenia się. Moony w tej części nie będzie miał lekko (a kiedyś miał? :P)
Moony otworzył lewe oko. Promienie letniego słońca wdarły się do jego pokoju i oślepiały każdą żywą istotę, która w pomieszczeniu się znajdowała. Zamrugał mocno lewym okiem i powoli otwarł drugie. Świat jak zwykle był jasny, inny, oślepiający i zamazany. Nie ma to jak mieć wadę wzroku -3. Zamknął oczy i po raz kolejny je otworzył, przyzwyczajając się do jasności pomieszczenia. Bardzo powoli, ociągając się, wstał i ziewnął potężnie. Tradycyjnie spadł z łóżka, zamiast po ludzku z niego schodzić i rozciągnął się leżąc już na podłodze. James miauknął cicho i wskoczył patologowi na klatkę piersiową, wbijając w nią pazury na znak uczuć i radości. Moony jęknął, gdy kot boleśnie wpił swoje szpony w jego skórę, zrzucił Jamesa na podłogę i wstał. Skierował swoje kroki w stronę łazienki, przecierając przy tym oczy i bezustannie ziewając. Rzucił krótkie spojrzenie szczotce do włosów i wlazł pod prysznic. Po orzeźwiającej kąpieli spojrzał prawdzie w oczy i przyjrzał się swemu odbiciu w lustrze. Rozcięcie na policzku jeszcze nie do końca się zagoiło, a cienie pod oczami nie zmniejszyły się ani trochę. Splątane, czarne włosy oklapły smętnie pod wpływem wody i upodobniały swego właściciela do wysłużonego mopa. Moony energicznie strzepał nadmiar wody z włosów i począł szukać szczoteczki do zębów. Po wyjątkowo powolnym wykonaniu czynności porannej toalety, zwlókł się w kapciach i szlafroku do kuchni. Na stole znalazł karteczkę od Yahoo informującą, że może sobie mieszkać u niej do woli, ponieważ ona i tak rezyduje u Volda. Patolog tradycyjnie włączył radio i zabrał się za krojenie bułek. Zupełnie nie zwracając uwagi na wiadomości jakie podawano w odbiorniku, młody koroner zaparzył sobie siekierowatego Earl Greya, w którym łyżeczka stała na sztorc i począł przeżuwać kanapkę z twarożkiem. Kocur nie dawał mu spokoju i bezustannie domagał się jedzenia, miaucząc przy tym wniebogłosy. Moony nakarmił irytujące zwierze i z kubkiem herbaty w ręku wrócił do swojej sypialni w celu ubrania się w odzienie dzienne. Nie patrząc co bierze do ręki, ubrał co znalazł i powolnym krokiem ruszył w stronę przedpokoju, nucąc przy tym „Beautiful Day” U2. Ubrał się i lekkim krokiem ruszył w stronę szpitala. Nic go nie stresowało, nie wyprowadzało z równowagi i nie doprowadzało do wzrostu ciśnienia. Dzień był słoneczny i nic nie mogło zepsuć Moony’emu dobrego humoru. Bez strachu chodził ulicami i nie narażając życia mógł słuchać muzyki, nie bojąc się ataku od tyłu. W rytm „Hypocrites” przekroczył próg szpitala, kompletnie ignorując stada policjantów kręcące się w okolicach recepcji. Gdy zszedł już na poziom prosektorium zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Tłumy umundurowanych kręciły się w okolicach kostnicy i gabinetu naczelnego koronera. Moony z zainteresowaniem wszedł do gabinetu. Biurko było zasypane papierami i zdjęciami. Na samym brzegu stał mikroskop oraz notatnik naczelnego koronera, zapakowany w foliową torebkę. Młody patolog z zainteresowaniem sięgnął po notesik, gdy ktoś się odezwał.
- A ty co tu robisz? – warknął niski głos.
Moony gwałtownie się odwrócił i zobaczył oficera policji.
- Jestem zastępcą koronera – powiedział cicho – Przyszedłem do pracy.
Oficer zrobił dziwny wyraz twarzy i gestem poprosił Moony’ego, aby ten poszedł za nim. Zastępca koronera pokornie ruszył za policjantem do kostnicy. Dookoła kręciło się pełno policjantów zbierających dowody i badających każdy milimetr powierzchni. Moony wszedł do prosektorium i zdębiał. Na podłodze było pełno krwawych śladów bosych stóp, a pod ścianą leżało coś dużego, zapakowanego w czarny, foliowy worek. Moony już raz był na miejscu wypadku wraz z naczelnym koronerem, więc conieco już wiedział temat rasowej, policyjnej roboty w przypadkach nagłej i niewyjaśnionej śmierci. Oficer przyprowadził go do worka i jednym ruchem otworzył zamek. W worku oczywiście znajdowało się ciało. Naczelny koroner miał na ciele pełno ran kłutych, które mogły zostać zadane tylko przez wyjątkowo ostre narzędzie a w ostateczności kły. Moony lekko się skrzywił i odwrócił od tego obrazu.
- Czy to jest twój pracodawca? – zapytał oficer.
- Tak. – mruknął młody patolog i westchnął ciężko. Zrobiło mu się słabo.
- Ostatnia rzecz jaką zapisał, była informacja o awansie dla ciebie – powiedział oficer policji notując coś w kajecie.
Moony podniósł wzrok na wysokiego mężczyznę.
- Będę musiał cię przesłuchać – ciągnął policjant – Sprawę awansu odłożymy na później.
Młody patolog jęknął cicho i poszedł za umundurowanym. Oficer zaprowadził Moony’ego do gabinetu martwego kornera, posadził go na krześle przed biurkiem, a sam zasiadł w fotelu.
- Jeszcze brakuje świecenia lampą w oczy – pomyślał Moony patrząc na zdjęcia leżące na blacie.
- Zatem – zaczął oficer – Ile już tu pracujesz?
- Niedługo miną dwa lata – odpowiedział zastępca koronera.
- Przyjaźniłeś się ze swoim pracodawcą? – zapytał policjant.
- Czekam na pytanie, czy mieliśmy romans – pomyślał Moony – Nie bardzo – mruknął – Niewiele rozmawialiśmy.
- Kłóciliście się? – ciągnął oficer.
- „Biłeś go?” Co to za pytania? – westchnął w duchu zastępca koronera – Nie. – powiedział już głośno.
- Miał on jakiś wrogów? – zapytał policjant.
Moony chwilkę się zastanowił. Naczelny koroner nie należał do osób o bogatym życiu towarzyskim. Właściwie to Moony nawet nie wiedział czy jego przełożony ma żonę.
- Nie mam pojęcia – odpowiedział całkiem szczerze.
- A nie podejrzewasz kto mógł to zrobić? – policjant zadał strategiczne pytanie.
Zastępca koronera zamyślił się. Komu właściwie zależało na wykończeniu (i to w tak perfidny sposób) starego koronera? Moony pozwolił swoim myślom błąkać się bez kontroli. Jedna myśl minęła Czarnego Pana, ale została od razu odrzucona, bo przyjaciel zastępcy koronera nie pozbawiłby go pracy i oczywiście nie pogryzłby, ani nie zadźgał ofiary (choć Moony nie bardzo wiedział, jak ostre zęby ma Serv). Nie, Czarny Pan odpada, on lubi robotę na czysto, bez babrania się w kłucie i temu podobne sprawy. Nagle przerażający i zarazem totalnie niemożliwy obraz pojawił się przed oczami młodego patologa. Moony ku zaskoczeniu oficera policji wybiegł z gabinetu i ruszył w stronę kostnicy. Zdumiony oficer poszedł za nim. Młody patolog ominął policjantów zbierających dowody i otwarł jedną z półek na zwłoki.
- O nie… - jęknął.
Półka okazała się pusta. Ciach, ciach, ciach! 2006-01-27 23:00:58 skomentuj (12)
Koroner II
Po krótkich wakacjach, wracam w pełni sił pisarskich (a mam przynajmniej taką nadzieję). Notkę miałem dać już 15 stycznia, ale problemy szablonowe mi zabroniły. Jak widać, mamy nowy szablon. Chciałem, żeby była do niego czcionka jak z maszyny do pisania, ale ta którą posiadam na kompie nie ma myślników, co mi niszczy opowiadanie. Na razie mamy tą, a ja poszukam ;)
W robieniu szablona pośrednio pomagał Vold, podrzucając niezbędne kody html. Zabawę w photoshopie zostawiłem sobie i jestem niewiarygodnie zadowolony. Nie jest to może to, co widziałem oczyma wyobraźni, ale i tak nie jest źle ;)
Ale teraz do rzeczy. Koroner I się skończył. Anna umarła i wszyscy są szczęśliwi. Ale to nie koniec! Pomysł na Koronera II chodził już za mną od dłuższego czasu. Coś tam zawsze napisałem, ale publikować, nie publikowałem. Ciągle coś mi nie pasowało z rozdziałami i zwlekałem z publikacją pierwszego rozdziału. A jak już go wrzucę, to będę miał motywację do dalszego pisania ;) Pierwszy rozdział to jest właściwie rozgrzewka. Króciutki. Zatem zacznijmy kolejne przygody naszego dzielnego patologa Moony'ego :D
Była ciepła, letnia noc. Gwiazdy świeciłyby pięknie, gdyby nie wszechobecne latarnie, które oświetlały uśpione ulice. W pomarańczowym świetle czasem mignął nocny spacerowicz lub ogon zbłąkanego kota. Ciszę zakłócał tylko szum drzew w pobliskim parku oraz warkot pojedynczych samochodów. W centrum tej nocnej, troszkę upiornej scenerii stały dwa majestatyczne i pełne grozy budynki. Gmach szpitala oraz zakładu psychiatrycznego. Oba posiadały swoje osobne, odgrodzone wysokim płotem parki z alejkami, ławkami i pięknymi kwiatami. Jednak żadnemu z nich nie dodawało to uroku. Zakratowane okna zakładu psychiatrycznego w martwym świetle przywodziły na myśl puste oczodoły. Szpital sprawiał milsze wrażenie, ale jednak coś w nim było, co odstraszało i budziło niepokój. W paru oknach paliło się światło i było widać, że we wnętrzu gmachu uwijają się ludzie. Naczelny koroner nie odbiegał od stereotypów i również sumiennie wykonywał swoją pracę. Siedział w gabinecie i z pasją badał próbki tkanek pobrane poprzedniego dnia z ciała pewnej młodej dziewczyny. Przed patologiem, na biurku, leżał cały plik zdjęć z miejsca wypadku, potwierdzenie zgonu z jego własnym podpisem oraz zdjęcia, już z sekcji zwłok. Naczelny koroner podrapał się ołówkiem po brodzie i wrócił do mikroskopowania tkanek. Jego asystent Moony, który świetnie się spisał podczas sekcji, spał sobie smacznie we własnym łóżku, pozbawiony trosk, śniąc spokojne i tuląc do siebie poduszkę. Przyjaciółka zastępcy koronera Yahoo, siedziała w domu przy biurku z zapaloną lampką nocną i pisała coś zawzięcie. Czarny Pan, kolejny znajomy młodego patologa, spał mocno, owinięty czarną, welwetową kołdrą, a jego wierny skrzat Serv zwinął się w kłębek na poduszce obok. Wszyscy znajomi Moony’ego (i w tym sam Moony) nie byli świadomi nocnych wydarzeń w kostnicy.
Naczelny koroner zanotował coś w akcie zgonu i westchnął. Coś mu nie dawało spokoju, ale nie mógł sprecyzować co. Nie pasowały mu wyniki badań tkanek tej dziewczyny. Wstał zza biurka i począł się przechadzać po gabinecie. Jego wzrok padł po raz kolejny na zdjęcia z sekcji zwłok.
- Muszę dać młodemu awans – zanotował sobie w pamięci i notatniku – Dzieciak zna się na rzeczy i chyba mogę mu już pozwolić poszperać trochę w laboratorium – pomyślał.
Naczelny koroner powrócił do przechadzania się po gabinecie. Pozwolił swoim myślom błądzić swobodnie, popadając w lekkie otępienie. Nagle zatrzymał się raptownie, gdyż usłyszał niepokojące hałasy. Wytężył słuch i stał w milczeniu. Ktoś ewidentnie chodził po prosektorium i chyba przewrócił stolik z narzędziami, bo łomot był nieziemsko głośny. Naczelny koroner słyszał, jak kroki intruza odbijają się echem od gładkich ścian. Cicho wyszedł z pokoju i skierował swoje kroki w stronę kostnicy, zapalając przy tym wszystkie światła po drodze. Zatrzymał się przed drzwiami do prosektorium i westchnął. Włączył światło i wszedł do środka. Przez chwilę nic nie widział, bo oślepiło go blade światło jarzeniówek. W tym oświetleniu nawet żywy wyglądał, jakby umarł parę dni temu. Patolog nie zauważył żadnych zmian w pomieszczeniu. Wszystko leżało na swoim miejscu. Jednak kroki nadal było słychać.
- Moony? – zapytał niepewnie patolog.
Żadnej odpowiedzi.
- Młodszy? – pisnął lekko przerażony koroner.
Kroki nadal odbijały się echem.
Patolog poczuł lekki skurcz żołądka i szybko sprawdził, czy nic nie czai się za drzwiami. Odetchnął z ulgą. Cisza. Naczelny koroner nie bardzo wiedział co gorsze. Kroki, które nagle ucichły, czy ta upiorna cisza.
- Mam zbyt bujną wyobraźnię – wytłumaczył sobie lekarz przesadnie beztroskim głosem.
Ktoś przeszedł pod ścianą na końcu sali.
Naczelny Koroner wciągnął powietrze do płuc i przestał oddychać. Sparaliżowało go ze strachu. Ni to cień, ni to postać wyraźnie poruszała się po sali, zostawiając za sobą krwawe ślady bosych stóp. Naczelny koroner zzieleniał ze strachu i patrzył bezradnie, jak owa istota zbliża się do niego. Cień stanął przed nim i zmaterializował się w całej swej okazałości. Serce patologa odmówiło współpracy, gdy ziszczenie koszmaru każdego lekarza sądowego uśmiechnęło się okropnie.
- To chyba jest najgorszy koszmar jaki kiedykolwiek miałem – jęknął patolog.
- Tylko, że to się dzieje naprawdę – syknęła postać.
A potem już była tylko ciemność. Ciach, ciach, ciach! 2006-01-17 20:30:41 skomentuj (31)
Zakłady wrogie Ann Ta sama co z anioła. Wciąż morduje literaturę Anna Black nie będę komentować
Zakłady przyjazne Nib Siostra Volda Deatheater Czarny Pan i jego czarny pamiętnik Serveta Skrzacik Ocenialnia blog na którym poluję na pokemony Lunatyczek czyli mój prywatny blog Yahooaneca to już jest sztuka pisarska przez duże SZ Tom Marvolo Riddle również pisze opowiadanie (równie urocze jak moje)